Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi maciek1603 z miasteczka . Mam przejechane od 1 listopada 2007 29700.17 kilometrów w tym 1774.70 w terenie. Jeźdźę z prędkością średnią 23.20 km/h
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy maciek1603.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Sierpień, 2010

Dystans całkowity:1598.00 km (w terenie 1.00 km; 0.06%)
Czas w ruchu:60:58
Średnia prędkość:26.21 km/h
Maksymalna prędkość:56.00 km/h
Liczba aktywności:16
Średnio na aktywność:99.88 km i 3h 48m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
30.00 km 0.00 km teren
01:10 h 25.71 km/h

Wtorek, 31 sierpnia 2010 | Komentarze 0

Jazda jazda, wyszło ciekawie bo po drodze znalazło się sporo znajomych na rowerach ;)

Dane wyjazdu:
370.00 km 0.00 km teren
14:00 h 26.43 km/h

Poniedziałek, 23 sierpnia 2010 | Komentarze 0

Bałtyk-Bieszczady Tour


Dane wyjazdu:
350.00 km 0.00 km teren
14:00 h 25.00 km/h

Niedziela, 22 sierpnia 2010 | Komentarze 16

Udało się !!! :) Bałtyk-Bieszczady Tour przejechane i nowy rekord najmłodszego zawodnika na mecie. Relację napiszę wkrótce, tu link do relacji live którą pisałem podczas zmagania.

http://co-robie.pl/profile/maciek1603

1035 km + kilka km po Świnoujściu do promu
łączny czas 64:45
czas samej jazdy 43:26 średnia samej jazdy 23,8 km/h
suma przewyższeń 5000


Relacja z Bałtyk- Bieszczady Tour 2010 (znanym jako Imagis Tour)
Jak by tu zacząć, w głowie setki myśli... Może skąd wziął się szaleńczy pomysł przejechania 1008km non stop przy limicie 72h.

Wszystko rozpocząło się już bardzo dawno, ale sama myśl o wyścigu rok temu po przejechaniu Mazovii 24h solo dzięki czemu otrzymałem klasyfikację. W 2008 roku z Elą planowaliśmy wystartować w kategorii duo, niestety termin zawodów przesunął się o miesiąc co wykluczyło nasz start. Rok przygotowań i 24h w terenie doszło to skutku, liczyłem na start w mix'ie, nie byłem na siłach jechać samemu takiego dystansu ale wszystko tak się złożyło że wystartowaliśmy osobno, a chciałem już odpuścić tego wyścigu, taki był mój priorytet. Na wyścigu jak to Ela, pokazała klasę, ledwie wytrzymałem z Nią około 100km, dalej odpuściłem tempa(po 200km średnia wynosiła 26km/h) Osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki, ona wygrała wśród kobiet 437km, ja 380km 11 wśród mężczyzn, niestety nie było kategorii wiekowych,a bym był pierwszy- trudno(dopiero w roku 2010 Zamana po mojej i kolegi interwencji ustalił kategorie). Niestety morderczy wyścig w terenie dał mocno w kość, a dokładniej w ścięgna – zapalenie Achillesa i około 6tyg. przerwy, co więcej mój wynik pozostał w cieniu rekordu niesamowitej dziewczyny z Węgrowa.

Nastała myśl... trzeba zrobić coś więcej, coś co każdy będzie pamiętał, podjąć się wielkiego wyzwania. 1008 km to jest to- pomyślałem, drugi najdłuższy wyścig w Polsce po Maratonie Rowerowym Dookoła Polski w 10dni który odbywa się co 4 lata. Co więcej najmłodszy zawodnik na mecie miał 22lata 3 miesiące więc ustanowienie rekordu BB-Tour w wieku 20lat byłoby marzeniem. Wielu twierdzi że to za wcześnie, jest w tym pewna racja ale młodsi i nie takie rzeczy robili a ultra maratonów nie jeździ się codziennie. Kilka lat wyczynowej jazdy, specjalne przygotowania, treningi które były cięższe od samych zawodów pozwoliły mi na start. Jednym z pierwszych sprawdzianów był maraton szosowy w Trzebnicy w kwietniu 2010. W drodze na zawody pamiętam słowa Maćka, jak z pełnym szacunkiem wspominał o wariatach co jadą ze Świnoujścia do Ustrzyk, w głębi duszy się trochę śmiałem gdyż ukrywałem swój start, nie byłem pewien że to wypali oraz chciałem się ustrzec przed zbędnymi komentarzami ludzi – kto zdrowy jedzie 1008km?? :) Wystartowałem na 240km osiągając niezły wynik i ponownie doznając kontuzji Achillesa – byłem trochę podłamany psychicznie, myśl o starcie w tym roku się oddalała. Całe szczęście w miarę szybko wróciłem do zdrowia i mogłem zacząć trenować. Niestety coś za coś, studia, praca, rozrywka, jak znaleźć na to wszystko czas? Niektórzy sami dobrze wiedzą ale zacząłem się lepiej organizować i rezygnować z wielu rzeczy. Musiałem wybierać z którą dziewczyną pójdę dziś na randkę xD.

100 dni przed startem zapisałem się na wyścig, moje nazwisko widniało na stronie a ze znajomych może widziały 2 osoby. Lipiec 2010 – ostatni sprawdzian przed zawodami, pojadę czy nie pojadę, czy wytrzyma organizm. Na góralu z bagażnikiem i załadowaną torbą wraz z młodszymi kolegami Adamem i Dominikiem wybraliśmy się na rajd do Częstochowy – 356km w jeden dzień, udało się z małymi problemami ale czułem się tak na siłach że postanowiłem podjąć ostateczną decyzję o starcie w BB- Tour. Kolejnym dobrym przygotowaniem był 2tygodniowy rajd, większość po terenach wyżynnych czy górzystych, przełęcz Walimska, Kowarska, Okraj, góry Jura we Francji czy Masyw Centralny. Ostatnie 2 tygodnie w Siedlcach i wyjazd w kierunku morza :) Dwa dni przed startem spędziłem u rodziny w Szczecinie, miałem czas wypocząć, wyspać się i najeść.

Również do startu przygotowałem się psychicznie bo to połowa sukcesu. Wierzyło we mnie kilka osób co motywowało do walki, brałem udział w profesjonalnym szkoleniu motywacyjnym a podczas BB- Tour pisałem relację dla kibiców, których nie mogłem zawieść. Szczerze to nie miałem chwili zwątpienia przed zawodami oraz na trasie, znałem swoje możliwości.



BB- Tour. Piękna pogoda, stoję na peronie w Szczecinie i wypatruje czy nikt nie idzie z rowerem. Już widzę, starszy kolarz jak większość startujących, bardzo sympatyczny Pan Wacek, jeden z organizatorów. Całą drogę rozmawialiśmy, wszystkiego się dowiedziałam oraz wysłuchałem mitów Imagisa o których będę jeszcze wspominał. Podróż bardzo szybko minęła, zdążyłem wyjść z pociągu i już spotkałem Marka z Sanoka (nr55) z którym miałem okazję jechać do Bydgoszczy. Po drugiej stronie czekał inny kolega- Kudłaty, atmosfera powoli dopisywała a bardzo podbudowały mnie słowa Pana Wacka: „widzę że to przejedziesz”. Udałem się na kwaterę, za 50zł wynająłem apartament z wielkim łóżkiem, łazienką, tarasem i innymi dogodnościami tylko po co to wszystko. Oczywiście w Świnoujściu nie mogłem odmówić sobie spaceru po plaży. Zjadłem spaghetti w knajpce i udałem się do biura zawodów gdzie trochę się przeraziłem. Średnia wieku oscylowała w okolicach 40-50 lat!!! Co ja tu robię?- zadawałem sobie to pytanie. Przed wejściem nasłuchałem się jeszcze różnych tekstów na temat moich poczynań, że biologia itp. zrobiło się nie miło, ale później na szczęście znalazłem grupę wsparcia a „dziadek” który wymądrzał się przyjechał 5 godzin po mnie nie wspominając już jaką opinie zbierał podczas jazdy tłumacząc się że chciał szybciej (czytaj popisywać się). Odprawa techniczna była dosyć późno, ale została przedstawiona trasa, punkty kontrolne i inne cenne informacje. Dopiero po 22 wróciłem do pokoju, ostatnie przygotowania i noc w luksusowych warunkach. Oczywiście emocje tak działały że spałem może 5 godzin, do tego bolało mnie gardło oraz bark.



Rano, zaczyna się. Około piątej, 3 godziny przed startem, ubieram się, torba na plecy, rower i wyruszam. Niezapomniany śpiew mew i wschód słońca. Chwilę później z prawej przed mną wyjeżdżają dwaj maratończycy, jedziemy w trójkę na prom. Tam czeka wielu innych startujących i organizatorzy,widać uśmiechy na twarzy :) Rozmowy, zapoznanie z innymi ludźmi np. Krzyśkiem który przejechał trasę na góralu, razem zaczęliśmy i dojechaliśmy wspólnie na metę. Z promu wszyscy ustawiają się w kolejkę po odbiór nadajników GPS. Dookoła słychać było mity 1008km, kryzysy, spanie w rowach trzymając rower jedną ręką, zasypianie podczas jazdy itp. Nasłuchałem się bardzo dużo różnych opowieści, sam postanowiłem sprawdzić jak to będzie. 5 minut do startu, wszyscy ustawili się na specjalnym dla nas promie, telewizja, wywiady, dużo kibiców. Ktoś krzyczy: co my robimy, co za wariaci i się śmieje. Strzał z armaty, syreny statków i ruszyliśmy. Przejechaliśmy może 2km, gdzie nastąpił podział na grupy. Zdjęcia Pani Lucyny i start ostry, Tempo 30, 32, 34, 36, 38 !!! co się dzieje, odpuszczamy z Markiem, jeden uciekł (jak się okazało później ten Pan wygrał BB- Tour z czasem 41h!), my jedziemy sporą grupą łapiąc i gubiąc kilka osób w granicach 30km/h. Stworzyła się dobra grupa około 11 osób, ludzie z WTR, kolega z Trzebnicy, Sanoka. Po około 40km chciałem stanąć na sikundę, niestety problem, nikt się nie zatrzyma... nagle zamknięty szlaban :) lepiej być nie mogło. Kolejne kilometry, pierwszy PK w Płotach, aż byłem zaskoczony, strażacy trzymali nam rowery i nalewali wodę do bidonów a ja w tym czasie jadłem bułkę, 5 minut i dalej. Znowu bym stanął na chwile i... Łukaszowi strzeliła opona,upragniona przerwa. Około 90 km, jazda staje się niebezpieczna, kierowca wyprzedza na siłę jadąc na czołówkę przez co zmusza busa do hamowania który zajeżdża nam drogę, na szczęście byłem z przodu. Nikomu nic się poważnego nie stało poza lekko uszkodzonym rowerem. Dobrze że za nami pojawił się wóz techniczny. Kolejny PK w Drawsku, kilka minut przerwy i dalej,jazda prawie non stop! Na dobre uformowała się grupa 11 osób i w takim składzie jechaliśmy praktycznie już do Bydgoszczy, oczywiście znalazło się kilku śmiałków co uciekali a później wozili się na kole. Grupą rządzili starsi, były krzyki i pretensje co powoli zaczęło mnie męczyć np. Łukasz(29lat) prowadzi bardzo równo i dobrze 28km/h, ale... podjeżdża jakiś starszy i mówi:”spierd... młody na koniec”po czym jedzie przez pierwsza minute 26, minutę później 27, 28, 29, 27,29,28... i się pyta grupy czy dobrze jedzie a oni na to że tak. Przed Piłą upał nie dawał za wygraną, stawaliśmy na stacjach się ochłodzić, zimny powerade, cola. Ostatnie 100km pod wieczór były już nieco chłodniejsze, zaskoczony byłem trochę ilością hopków w tych okolicach. Około 20:50 dojechaliśmy do Kruszyny na duży PK. Skoczyło mi ciśnienie, bolała głowa i popękały naczynka krwionośne w oku. Panowie z WTR powiedzieli 1,5h przerwy, znając swój organizm i słysząc mity Imagisu nie byłem za taką jazdą, ale nie miałem wyjścia. Znowu szczęście dopisało. Gdy spokojnie jadłem obiad który mi totalnie nie wchodził usiadł przede mną Pan Waldek, namawiając do wyjazdu o 1 w nocy, powiedziałem 1:30 i tak ruszyliśmy dzięki czemu poleżałem niecałe 3godziny walcząc z komarami. W międzyczasie dowiedziałem się że młodszy kolega zrezygnował po 300km więc walczę o rekord najmłodszego na mecie w historii wyścigu:) Spadliśmy na ostatnie miejsce ale wiedziałem że jak przyjdą u innych kryzysy ja będę jechał co okazało się strzałem w dziesiątkę :)



Jazda we dwójkę była znacznie bezpieczniejsza i szybsza niż 11osobową grupą, w nocy było chłodno, wręcz idealnie. Po 35km musiałem stanąć, bark strasznie bolał, wypiłem najlepszą gorącą czekoladę w życiu, dalej do Torunia. Tutaj zobaczyłem że z 3h starty odrobiliśmy już 45minut! Przyłączył się do Nas Łukasz i w trójkę jechaliśmy aż do Grójca. Do Włocławka sporo dziur i remontów, tam kilka kanapek, leżaki :) Znowu zaczął się upał, gorzej niż dzień wcześniej aż się spaliłem. Picie bardzo szybko się kończyło a miałem bidon tylko 0,7l ze względu na nadajnik GPS w rowerze który zabrał mi miejsce na drugi koszyczek. Pan Waldek poganiał nas trochę, nie było jak odetchnąć a brakło sił. Pomyślałem sobie że mam ochotę na wafelka i wyobraźcie sobie że moje życzenie się spełniło na PK Pani Lucyny gdzie były Grześki :) Dalej po drodze spotkaliśmy kolegę na góralu który jechał z wielkim plecakiem z Włocławka pod Radom, trochę Nam potowarzyszył, pokazał trasę przez Sochaczew. Wpadamy na PK kawałek dalej który obsługiwał Pan Wacek i okazuję się że grupa co wyruszyła 3 h wcześniej jest za Nami :) nie zdążyłem wypić izotonika i już pojechaliśmy szybko, tempo było mocne. Przed samym Grójcem dogoniliśmy Krzyśka na góralu, Pan Waldek pojechał szybciej. Odpoczęliśmy na przystanku, dodało nam to tak sił że z Łukaszem rozpędziliśmy się mijając PK, który został przesunięty przed Grójec a nie za, bez sensu straciliśmy pół godziny i około 6km w plecy. Trochę to nas zniechęciło do jazdy. Zrobiliśmy trochę dłuższą przerwę, tu dojechał Damian z Warszawy z którym miałem przyjemność jechać prawie do Rzeszowa. Do końca dzisiejszego etapu zostało niewiele ale jazda się dłużyła za sprawą ominięcia expresówki, którą kilka osób i tak pojechało. Na stacji benzynowej z której był zjazd zawitała do nas policja która zwróciła uwagę, ale nie było innego wyjścia niż jazda przez pierwsze km drogą S7.

Godzina 19:50 – hotel Wsola pod Radomiem, tutaj był drugi wielki duży punkt kontrolny. Wziąłem prysznic, zjadłem rosół, parówkę i jajecznicę. Mieliśmy miećdo dyspozycji kilka pokoi, dostaliśmy tylko dwa, nie miałem gdzie się położyć, od najstarszego zawodnika Pana Stefana dostałem poduszkę i położyłem się na podłodze, po godzinie Łukasz zwolnił mi łóżko ale i tak wykładzina była wygodniejsza:) godzinę przed wyjazdem o 23 wstałem bo ktoś chodził, zapalił światło, się szykował, przez kilkanaście minut udało mi się spać. Bardzo ciężko było się przebudzić do jazdy, ale jechać trzeba mimo że zmęczenie było już bardzo duże. W trójkę plus Kudłaty jadący w solo wyruszyliśmy, przejazd i przejście remontowanej drogi w Radomiu zajęło aż 1,5h. Do Iłży było tylko 25km ale jechaliśmy bardzo długo, miałem kryzys, zabrakło energii. Po drodze pytaliśmy się o bar Viking, ktoś powiedział 3km, przejechaliśmy tyle, kawałek dalej ktoś mówił 500m, jadę się denerwuje mijają 3km i dopiero PK – stacja benzynowa z barem... Pusto, nikogo nie ma, drzwi z napisem”zapraszamy kolarzy” zamknięte. Już mieliśmy dzwonić do organizatora ale zobaczyłem że jakiś pan siedzi w okienku dalej, była tylko lista. Kupiłem batony i tigera, jechało się od razu lepiej. Pojawiały się górki i tiry bo już poniedziałek. 30 km dalej w Ostrowcu Świętokrzyskim zrobiliśmy śniadanie na stacji, każdy po 2 hot dogi i czekoladzie/kawie. Słońce szybko wzeszło, pniemy się w górę po czym w kierunku Wisły było trochę w dół. Stacja Bliska, spotykaliśmy kolegę który śpi w wozie technicznym, poszliśmy do baru podpisać listę i zjeść kanapki ze smalcem. Dojechał do nas tandem, koleżankę poczęstowałem żelkiem, który jak mówiła na mecie dał jej krople paliwa przy pustym baku. Zostałem sam z Damianem, Łukasz trochę szarpał i pojechał przed nami z dwójką. Znowu zaczęło grzać, droga fatalna, brak pobocza, dziury i pełno tirów, było bardzo niebezpiecznie. Dojechaliśmy do Nowej Dębej, gdzie spędziliśmy więcej czasu przez kolejkę w aptece i na fajnym punkcie kontrolnym. Kilka km przed Rzeszowem uznałem że trzeba jechać samemu, po ponad 800km z kimś jest za szybko lub za wolno. 10 km przed miastem odcinało mi elektrownie, musiałem stanąć zatankować, tak mijając się z Damianem na trasie. Jakoś udało się dojechać do baru pod Skrzydłami gdzie poznałem Ulę. Obiad i szybko w drogę gdyż zostało „tylko” 150km. Ostatnie najtrudniejsze 150km pod wiatr i pod górę! Prędkość z trudem oscylowała w granicach 15-23km/h, nie byłem w stanie jechać szybciej. Droga do Brzozowa okazała się mordęgą, po drodze dwa podjazdy 9%, kolana tak bolały aż musiałem zejść z roweru. Dostałem sms'a od taty że jest 50km za mną samochodem, dało mi to wiatr w żagle że dojechałem na PK przed nimi. Dwa banany i poleciałem jak najszybciej dalej, było ciężko ale widziałem już w myśli metę. Znowu bark bardzo bolał, stanąłem i spotkałem tatę z Marcinem, pojechali do Sanoka, ja ile w nogach na nimi aby za długo nie czekali na mnie. Na PK dogoniłem Damiana z Kudłatym, każdy mnie poganiał, 5 minut, zjadłem pół bułki, woda do bidonu.

Ostatnie 80km – mistrz Kalinowski zrobił to w 4h, mi zajęło 6h więc domyślacie się jak było. W Lesku serpentyny, ledwie na stojąco wjechałem, brakowało przełożeń. Zachodziło słonce, robiło się zimno, szczególnie w dolinach. Samotnie kierowałem się wśród mety, miałem przebłyski daleko przed sobą 2 lampek, ale nie wiedziałem czy to sen, czy rzeczywistość. Chwilę później zaskoczenie bo faktycznie dogoniłem Łukasza z Krzyśkiem na góralu, którzy gdzieś pobłądzili. Miałem chęć jechać szybciej ale zachodził zmrok więc dla towarzystwa zwolniłem. W Ustrzykach Dolnych odnalazł się Kudłaty i w czwórkę obraliśmy kierunek Ustrzyki Górne :) Kawałek dalej czekał na Nas ostatni PK, nikt oczywiście nie wiedział gdzie jest Mysi Zakręt, stanęliśmy, poświeciłem lampką i przeczytałem Gęsi Zakręt. Jeden z lepszych punktów i najsmaczniejszy w życiu zimny arbuz :) Było bardzo zimo... Tutaj pewna dziewczyna zapytała mnie po co jedziemy tyle km mówiąc: „na was czeka dobry sex w Ustrzykach że tak jedziecie?” ja na to że nie wiem bo jadę pierwszy raz, ale dlaczego ktoś jedzie piąty raz. Oczywiście nie zdradzę pewnej tajemnicy co czeka każdego na mecie, trzeba to przejechać żeby się dowiedzieć xD Ostatnie 3 góry, najcięższe podjazdy w życiu. Po ostatnim myślałem że będzie zjazd i już blisko. Z utęsknieniem czekaliśmy na tablice Ustrzyki Górne i dojechaliśmy, ale do tablicy Ustrzyki Górne 14 !!! Nie wierzyłem własnym oczom, ale kręcić trzeba, jechaliśmy tak sobie jechaliśmy na oparach, jechaliśmy po drodze lawina śniegu przed oczami i inne omamy. Zatrzymaliśmy się, żadnych znaków, tablic, nic. GPS pokazuje 5km. Zadzwoniliśmy do organizatora i powiedział nam że jeszcze 5km więc ok. Dojechaliśmy pod hotel gdzie miała być meta, pusto... nie wiedzieliśmy co się dzieje, podjechaliśmy kawałek dalej a tam kilka osób, brama – META :) Udało się Bałtyk-Bieszczady Tour pokonane !!! Wyszło co prawda kilka km więcej niż 1008. Czekał na mnie samochód więc zjadłem tylko zupę, wypiłem cole i pojechałem odpoczywać na kwaterę. Nic do mnie nie docierało, że ukończyłem ultra maraton, spełniłem swoje marzenie, dołączyłem do klubu 1008, pobiłem rekord, ale nie miałem siły się cieszyć.



Rano wstałem dosyć wcześnie około 9 rano, najbardziej bolały kolana, nawet pupa była w porządku :) jeszcze zdrętwiałe palce które męczą mnie do dziś. Około 11 udałem się na zakończenie, rozmowy, wymiana zdań po wszystkim, atmosfera była niesamowita :) o 14 nastąpiła część oficjalna, każdy otrzymał trofeum, wtedy dopiero powoli zaczęło dochodzić do mnie że pokonałem samego siebie i pokazałem że młody potrafi, gdzie wielu starszych osób nie wierzyła, dogadywała co ja tu robię. Wynik jak dla mnie bardzo dobry bo aż 20 osób przyjechało za mną i wszystkie które chciałem pokonać na trasie :) Cel spełniony w 100% :) Dziękuję wszystkim za wsparcie, wiarę i wspólne przejechane kilometry. Nie jeden zapyta, po co się tak męczyć, odpowiedź jest prosta, takie miałem marzenie które spełniłem z czego jestem szczęśliwy. Czy było ciężko na pewno tak, ale znacznie ciężej podczas treningów niż BB- Tour 2010. Jeśli masz zamiar w tym kiedyś wystartować wierz w siebie że dojedziesz i nie słuchaj mitów o Imagisie, przy rozsądnej jeździe można dojechać sporo przed czasem, tylko aby nie poniosły Cię emocje. Było ciężko...



Powrót do domu... Odpocząłem jeden dzień wśród Bieszczadzkich Aniołów, pojechaliśmy nad Solinę, nawet wymoczyłem nogi w Solince tak jak w Bałtyku. W środę rano z tatą i bratem wyruszyliśmy do domu, przed Nami jak widać było sporo km. Niestety w Brzozowie padło sprzęgło, akurat udało się dojechać do warsztatu ale facet chciał naprawiać to 2 dni lub odkupić auto za tysiąc zł więc byliśmy zmuszeni wezwać lawetę do Rzeszowa gdzie porządnie naprawili nam samochód w 3 godziny, na 22 wróciliśmy do domu, Jak widać BB- Tour okazał się bardzo kosztownym wyjazdem... ale niezapomnianym wrażeniem do końca życia...

Dane wyjazdu:
310.00 km 0.00 km teren
12:00 h 25.83 km/h

Sobota, 21 sierpnia 2010 | Komentarze 0

Bałtyk-Bieszczady Tour


Dane wyjazdu:
15.00 km 0.00 km teren
00:40 h 22.50 km/h

Piątek, 13 sierpnia 2010 | Komentarze 0

Lans na mieście w nowych strojach :) cały dzień wyczekiwałem na nowe stroje, kurier dojechał około 15-16 więc wieczorkiem jeszcze zdążyliśmy pojeździć przed/za autobusem Maćka :D


Dane wyjazdu:
50.00 km 0.00 km teren
01:25 h 35.29 km/h

Środa, 11 sierpnia 2010 | Komentarze 0

Trening z Adamem i Dominikiem, miała być rozjazdówka, wyszło tradycyjnie :) przygotowania do TdB :)


Dane wyjazdu:
43.00 km 0.00 km teren
01:20 h 32.25 km/h

Wtorek, 10 sierpnia 2010 | Komentarze 0

Tym razem zamiast Mateusza pojawił się Pęgos, miała być rozjazdówka, wyszło tradycyjnie :) Na koniec złapała nas ulewa


Dane wyjazdu:
82.00 km 0.00 km teren
02:40 h 30.75 km/h

Poniedziałek, 9 sierpnia 2010 | Komentarze 0

Trening - Kałuszyn z Mateuszem, Adamem i Dominikiem. Skoki smoki, ucieczki, gonitwy :)


Dane wyjazdu:
19.00 km 1.00 km teren
00:50 h 22.80 km/h

Niedziela, 8 sierpnia 2010 | Komentarze 0

Na działkę - pierwszy raz w tym sezonie zdarzyło mi się zaspać na trening, aż byłem zły... dzień odpoczynku, jutro kolejne 100 km


Dane wyjazdu:
20.00 km 0.00 km teren
01:10 h 17.14 km/h

Sobota, 7 sierpnia 2010 | Komentarze 0

Siedlce noca + po mieście z Mateuszem, przy okazji test nowej lampki